sobota, 7 lipca 2012

6. Talizman

"Młodość jest ciężka i gorzka, jest niezgodą na świat i niezgodą na siebie, jest od początku zmaganiem z czułością i cierpieniem."
- Zofia Nałkowska

Chris wszedł wolnym krokiem do starego, dawno nieodwiedzanego przez żadnego człowieka grobowca. Był on usytuowany na niewielkim wzgórzu, w pewnej odległości od miejskiego cmentarza. Dziewiętnastowieczny budynek był od lat przedmiotem strachu. Wiązało się z nim wiele ludzkich legend o nawiedzających go duchach zmarłych. Chłopak pokiwał głową z niedowierzaniem przypominając sobie jak głupie historie słyszał o tym miejscu. W środku czekał na niego Alfi i dwóch nieznajomych, najprawdopodobniej nowych nabytków przywódcy. Alfi był wysokim mężczyzną o długich siwych włosach i  brodzie sięgającej klatki piersiowej. Wygląda doskonale jak na bohatera horroru - pomyślał Chris uśmiechając się do przyjaciela i rozglądając się po małym pomieszczeniu. Po każdej ze stron leżały trzy urny, a nad nimi imiona i nazwiska zmarłych. Na frontowej ścianie była już wykonana kolejna tabliczka, która czekała na śmierć ostatniego członka rodziny, ale nigdy się nie doczekała. Alfi stał oparty o figurkę anioła, depcząc delikatnie stary, drewniany krzyż, który już od lat leżał połamany na ziemi.
- Witam w moim rodzinnym grobowcu, przyjacielu! - zaczął Alfi pokazując rękoma aby rozejrzał się po przerażającym wnętrzu.
- Coś się stało? Dlaczego kazałeś mi tu przyjść? - dopytywał się brunet, wciąż wpatrując się w towarzyszy swojego wodza. Starzec kiwnął głową sugerując aby opuścili pomieszczenie. Spełnili oni jego niemą prośbę i chwilę później zostali sami.
- Musisz zmienić plany - powiedział siwiec z półuśmiechem na ustach.
- Myślałem, że wszystko było już ustalone - odpowiedział Chris i patrzył się wściekłym wzrokiem na swojego towarzysza.
- Widziałeś Veronicę? - brunet spojrzał na niego zaskoczony.
- Przecież sam kazałeś mi ją odwiedzić - odparł zaintrygowany.
- Pamiętasz co miała wtedy na szyi? - brunet tylko pokiwał przecząco głową - Wypchnęła cię wtedy z domu? - tym razem potwierdził - Wiesz, że normalny człowiek nie potrafiłby tego uczynić.
- Sugerujesz, że jest jakąś magiczną istotą? - zapytał Chris, zupełnie nie wiedząc co o tym myśleć.
- Nie. Ona musiała mieć wtedy przy sobie jakiś talizman. Prawdopodobnie naszyjnik. To w nich można ukryć największą moc, ponieważ ludzie noszą je najbliżej serca.
- Co mam z tym zrobić?
- Zdobądź go - odparł po czym zniknął w jednej chwili z grobowca. Chris złapał się za głowę. Miał tyle pytań, a jego przywódca po prostu zniknął. Zostawił go po raz kolejny samego.
- Co się tak gapisz?! - krzyknął do figurki anioła i kopnął ją tak mocno, że zderzyła się z przeciwległą ścianą.  Stał jeszcze chwile w miejscu wpatrując się w to co z niej zostało. Odłamki porcelany znajdowały się teraz w całym pomieszczeniu. Nagle poczuł się dziwnie zagrożony, jakby duchy za wszelką cenę chciały się go pozbyć. Wyszedł z grobowca w nieludzkim tempie i od razu skierował się do domu Veronicki.
***
Nad miasteczkiem małym Montana rozpościerały się ciemne, burzowe chmury. Ostatnio pogoda nie rozpieszczała mieszkańców. W dzień były okropne upały, a popołudniami przynoszące ogromne straty opady deszczu i wyładowania atmosferyczne. Annie przyspieszyła kroku, ściskając w rękach dużą, papierową torbę z zakupami. Chciała za wszelką cenę zdążyć do domu przed pierwszym błyskiem. Od dziecka bała się burzy. Poza tym gdyby tylko zaczął padać deszcz zmokłyby jej zakupy. Uśmiechnęła się lekko do biegnącego z naprzeciwko dziecka. Jednak ono jakby rozpłynęło się w powietrzu. Serce dziewczyny zaczęło bić coraz szybciej. Ile razy oglądała horrory, w których najstraszniejsze były właśnie małe dziewczynki. Potrząsnęła głową próbując myśleć racjonalnie. Dotarła do drzwi mieszkania w nie więcej niż pięć minut od dziwnego incydentu z dziewczynką. Szybko uporała się z wejściowym zamkiem i z uśmiechem położyła zakupy na podłodze i zaczęła ściągać buty. W domu nic jej przecież nie groziło. 
- Tato! - krzyknęła, chcąc upewnić się, że ojciec wrócił już z ogrodu, do którego często wyjeżdżał w tak upalne dni, aby schronić się przed upałem pod wielką jabłonią - Tato! Jesteś tu?! - wołała wciąż nie słysząc żadnej odpowiedzi. Weszła do salonu i spostrzegła ojca siedzącego jak zawsze w fotelu w rogu pokoju.
- Tato, czemu się nie odzywasz? - zapytała i podeszła bliżej, dopiero wtedy zauważyła krew spływającą po jego gardle. Krzyknęła głośno, choć wiedziała, że nikt jej nie usłyszy. Oczy pana Johnsona miały teraz zupełnie nieobecny wyraz. Jednak były szeroko otwarte, jakby wpatrywał się w swoją córkę. Annie wyjęła telefon i próbowała zadzwonić na pogotowie, jednak brak sygnału jej to uniemożliwił.
- Tato, tato... - zaczęła dotykając jego zimnych policzków. Wiedziała, że to już koniec. Że zostali zupełnie sami, jednak za wszelką cenę nie dopuszczała do siebie tej myśli. Będąc w szoku wybiegła szybko z domu kierując się do Veronicki, u której zapewne był jej brat.
__________
Hej, hej! Przepraszam, że musieliście tak długo czekać na nowy rozdział, ale ostatnio kompletnie nie mogłam się do tego zabrać.
Rozdział dedykuje: Daga25 i Skyler za to, że są ze mną i wyrażają swoje opinie o moich wypocinach :D
PS Co myślicie o nowym nagłówku? Próbowałam zrobić go jak najlepiej, ale w sumie nie jestem pewna czy dobrze wyszedł.
PPS Miłych wakacji :)
Buziaki :**

sobota, 9 czerwca 2012

5. Chwila


"Nie kocham cię za to, kim jesteś, ale za to, jaki jesteś, kiedy przebywam z tobą."
- Gabriel Gracia Marquez
Był piękny lipcowy dzień, słońce świeciło wysoko nad linią horyzontu.Upał powodował, że wszyscy mieszkańcy miasteczka pragnęli ukryć się w jakimś chłodnym miejscu. Scott miał wolne w pracy więc postanowił odwiedzić Veronicę.Od ich rozmowy na temat śmierci jego matki minął prawie tydzień jednak nie było żadnych nowych faktów, mimo iż każdego dnia po pracy przychodził do dziewczyny i razem z nią przeglądał stare rzeczy pani Johnson. Zapukał do drzwi, w których po chwili z ciepłym uśmiechem pojawiła się Veronica.
- Cześć, pomyślałem, że może pójdziemy gdzieś dzisiaj? Co ty na to? - zapytał od razu z dziwnym entuzjazmem.
- Jasne - odpowiedziała szybko - Tylko daj mi chwilkę. Muszę się przebrać - dodała i zniknęła za drzwiami domu. Czekał cierpliwie i po paru minutach pojawiła się w progu, ubrana w krótkie, dżinsowe szorty i biały, luźny podkoszulek, który podkreślał jej dekolt. Chłopak patrzył się na nią przez chwilę pożerającym wzrokiem. Ona jednak tego nie zauważyła, była zbyt zajęta szukaniem klucza. Gdy już go wydobyła z czeluści swojej torebki, zamknęła drzwi i odwróciła się do chłopaka.
- To co robimy? - zdała sobie sprawę jak bardzo się cieszy na ich wspólne wyjście, Scott ostatnio stał się najważniejszą osobą w jej życiu. Zawsze blisko. Zawsze gdy go potrzebowała. Bez zobowiązań. Bez obietnic. Bez pytań. 
- Może chodźmy nad jezioro? - zaproponował niepewnie, przytaknęła ochoczo głową, ale po chwili na jej twarzy pojawił się grymas.
- Nie mam ochoty na towarzystwo, a nad jeziorem na pewno będzie mnóstwo moich znajomych - powiedziała cicho.
- Wstydzisz się mnie? - zapytał, a ona potrząsnęła głową próbując zrozumieć jak mógł wyciągnąć tak błędną konkluzję.
- Nie... ja... - zaczęła, ale szybko jej przerwał:
- Rozumiem, jestem nikim, a ty... - zamilknął bo podeszła do niego i ujęła jego twarz w dłonie.
- Tu nie chodzi o to, że się ciebie wstydzę. Po prostu chcę spędzić czas z tobą. Tylko z tobą - jego serce szybciej zabiło słysząc słowa wychodzące z jej ust. 
- Znam takie miejsce nad jeziorem, do którego nikt nie zna drogi - powiedział po chwili. Dziewczyna opuściła dłonie i poprosiła, żeby ją tam zaprowadził. Szli w milczeniu. Oboje zaabsorbowani swoimi myślami. Scott co chwila się jej przyglądał i nie mógł się na dziwić, że ktoś tak piękny i naturalny jak ona, mógł chcieć jego towarzystwa. Był przecież biednym chłopakiem, z problemami. Ale Veronica też miała problemy. I czuła, że to dzięki niemu one się powoli rozwiązują. I choć wciąż zdarzało jej się budzić z krzykiem, to koszmary nawiedzały ją o wiele rzadziej niż wcześniej. Po wypadku nie potrafiła przespać spokojnie żadnej nocy. Teraz w każdym śnie widziała oczy. Ciemne oczy Chrisa. Mężczyzny, który przyszedł do jej domu pewnego dnia. Jednak nigdy nie opowiedziała o tym epizodzie Scottowi. Teraz kiedy szli do jego tajemniczego miejsca nad jeziorem czuła błogość w sercu. Wszystkie złe emocje ostatnich tygodni gdzieś odeszły. Pragnęła być tu i teraz. Nie zważając na przeszłość czy przyszłość. 
- Spędźmy ten dzień bez myślenia o wszystkim co złe - poprosiła, przerywając ciszę panującą między od kilkunastu minut.
- Właśnie cię miałem o to prosić - uśmiechnął się porozumiewawczo, wyrzucając z głowy wspomnienia swojej matki i najlepszego przyjaciela. Dzisiaj chciał być zatopiony w teraźniejszości. Przeżyć jeden dzień bez bólu. Chwycił delikatnie jej dłoń kiedy wchodzi w gęstwinę lasu. Dziewczyna uśmiechnęła się czując jego dotyk na swojej skórze. Dawał jej poczucie bezpieczeństwa, którego tak bardzo potrzebowała. W lesie panował półmrok tak bardzo kontrastujący z promieniami słońca, które jeszcze przed chwilą ogrzewały ich ciała. Puścił jej rękę i przepuścił ją przodem tak, że szli jeden za drugim. Zmusiła ich do tego wąska ścieżka. Wokół nich rozpościerały się wielkie drzewa mające pewnie dziesiątki, jak nie setki lat. Veronica zawsze zastanawiała się co by było gdyby okazało się, że one mogą obserwować otoczenie. Jak wiele wspomnień miały by do opowiedzenia. Wreszcie opuścili las i wyszli na małą, skalistą plażę. Delikatny wiatr kołysał wodę, powodując małe fale na spokojnej tafli jeziora. Wciąż pozostawali w cieniu, jednak mimo to upalny dzień dawał się im we znaki. 
- Co powiesz na kąpiel? - zapytała z uśmiechem.
- Z największą chęcią - odpowiedział równie uradowany jak ona. Po chwili jednak nastąpiła krępująca cisza. Oboje nie mieli strojów kąpielowych. Veronica spojrzała się na niego i uśmiechnęła zalotnie, przynajmniej on tak to odebrał, po czym zdjęła podkoszulek i szorty zostając w samej bieliźnie. Przyglądał się jej z szeroko otwartymi oczami. Wyglądała tak seksownie. Jasny koronkowy stanik i krótkie szorty sprawiły, że jego wyobraźnia nie pozwalała mu na oderwanie od niej wzroku. Podniecenie i pożądanie obudziły się w nim w jednej chwili. Miał nadzieję, że nie zauważyła powiększającego, wybrzuszenia w jego spodniach. Na jego szczęście podeszła do linii wody i zaczęła po woli się zanurzać. On wciąż stał nieruchomo, szybko oddychając. Po chwili udało mu się opanować swój męski instynkt, postanowił więc również skorzystać z orzeźwiającej kąpieli. Zdjął najpierw bluzkę, po czym ściągnął buty i skarpetki. Na koniec zrzucił z siebie ciemne spodnie pozostając jedynie w czarnych bokserkach. Patrzyła na niego z wody z małym uśmieszkiem na twarzy. Nie omieszkała zauważyć jak zareagował na jej prawie nagie ciało. Miała dziwną pewność, że jest pierwszą dziewczyną, która się przed nim rozebrała, choć częściowo. Kiedy zdjął bluzkę zauważyła, że choć jest bardzo chudy, to ma widoczne mięśnie. Musiała przyznać, że choć jego ciało nie równało się żadnemu zawodnikowi ze szkolnej drużyny futbolu, to jego oczy, przeszywające spojrzenie, ciepły wyraz twarzy, zmarszczka między brwiami, gdy się z nią nie zgadzał wyrażały prawdziwą atrakcyjność. Wszedł do wody, delikatnie się wzdrygając. Wchodzenie do zimnej wody w upalny dzień nie należało do przyjemności, przynajmniej przez pierwsze kilka minut. Popłynął do niej i uśmiechnął się ciepło. Odwzajemniła jego gest po raz kolejny dzisiaj. Zanurkował i wypłynął na powierzchnię parę metrów dalej. Popłynęła do niego i chciała stanąć, jednak nie wyczuła dna. Spojrzała się na niego z przerażaniem.
- Nie czuję dna - jęknęła i delikatnie się podtopiła.Od dziecka bała się takiej sytuacji, niezależnie od tego jak dobrze umiała pływać. Chwycił ją w tali i mocno przytrzymał.
- Hej, spokojnie, mam cię - powiedział jej do ucha, jej oddech wciąż był krótki i przerywany.
- Przepraszam, wiem, że to żenujące, ale to taka słabość z dzieciństwa - nie odpowiedział, wciąż ją trzymał jakby chciał ją ochronić przed złem całego świata. Czuła się zaskakująco dobrze jego ramionach. Mocniej objęła jego szyję. Po chwili oboje stali się świadomi tej bliskości między nimi. Jej prawie naga klatka piersiowa była dokładnie przyciśnięta do jego mokrego torsu, jej nogi opatulały jego talię, jego dłonie delikatnie muskały jej plecy. Odchyliła głowę i spojrzała w jego oczy. Dojrzała w jego wzroku ciepło, miłość, adorację a także nutkę pożądania. Nie była pewna, które z nich zainicjowało pocałunek. Czuła jego wargi na swoich własnych, ciepły oddech na swoim policzku. Było jej tak przyjemnie. Przysunęła jego twarz bliżej i wsunęła dwoje palce w jego mokre włosy. To był jego pierwszy pocałunek. Nie był pewny niczego. Ale miał dziwne wrażenie, że jej się podoba. Przesunął językiem po jej dolnej wardze. Jęknęła ujmująco. Wdarł się do środka jej ust, badając delikatnie jej podniebienie.Naparła swoim językiem na niego. Zaczęli toczyć bitwę o dominację. Świat wokół nich mógł przestać istnieć. A może w ogóle nie istniał? W tą jedną chwilę niczego nie byli już pewni. 
___________
Witajcie kochani! Jak widzicie przeniosłam bloga na blogspot bo onet już działał mi na nerwy :) Mam nadzieję, że ktoś dobrnie do końca tego rozdziału. Z góry dziękuje za wszystkie komentarze.
Zapraszam na mojego nowego bloga tvd-short-stories
Buziaki :*

środa, 6 czerwca 2012

4. Zauroczenie


"Czasami miłość bywa interesowna, ale człowiek jest na tyle głupi, że zanim się zorientuje, ona zdąży już ten interes załatwić."
- Kuba Wojewódzki
Annie nerwowo stukała dłońmi w blat stolika czekając aż przyjdzie kelner i wreszcie przyjmie jej zamówienie. Umówiła się w tej małej, przytulnej restauracji ze swoim znajomym z kampusu. Oboje studiowali archeologię, a że niedługo mieli mieć egzamin, chcieli wymienić się notatkami. Dziewczyna przeczesała włosy dłonią wciąż rozglądając się za jakimś pracownikiem restauracji. W końcu podszedł do niej młody kelner, wyglądał na jakieś dwadzieścia lat. Uśmiechnął się delikatnie i podał dziewczynie kartę.
- Nie, dziękuje - powiedziała nawet jej nie biorąc do ręki - Poproszę małą latte.
- Oczywiście - odpowiedział i szybko zniknął między stolikami. Annie spojrzała na zegarek i zauważyła, że Chris spóźniał się przynajmniej 20 minut. Nagle podniosła wzrok i spostrzegła, że siedzi na przeciwko niej.
- Hej - powiedział z uśmiechem, jego krótkie, czarne włosy zawadiacko opadały na czoło. Był naprawdę przystojnym mężczyzną. Przynajmniej połowa studentek z roku pragnęła się z nim umówić. Jednak to Annie poprosił o spotkanie w sprawie notatek. Dziewczyna cały dzień chodziła dumna jak paw z tego powodu. 
- Cześć - wydukała cicho wpatrując się w ciemne tęczówki chłopaka - Długo czekałam, więc zamówiłam już kawę. Mam nadzieję, że się nie obrazisz - powiedziała i posłała mu ciepły uśmiech. Chris odwzajemnił gest. Dziewczyna dokładnie mu się przyjrzała. Miał na sobie czarną koszulkę idealnie podkreślającą jego mięśnie, do tego ciemną, skórzaną kurtkę i modne dżinsowe spodnie. Spod stołu wystawały ciężkie, wpół rozwiązane buty. 
- Przepraszam, że musiałaś czekać - odpowiedział szybko.
- Nie ma sprawy - znów się uśmiechnęła, czując coraz szybsze bicie serca. Nie była zbyt dobra w kontaktach z chłopakami. Nigdy nie wiedziała co powiedzieć. Czuła jak w gardle rośnie jej wielka gula. Postanowiła rzucić jakiś neutralny temat związany ze studiami - Jak myślisz co będzie na egzaminach?
- Nie mam pojęcia, ale słyszałem, że mają być trudne - odparł i oparł swoją głowę na łokciach, które trzymał na stole, przez co zbliżył swoją twarz do twarzy Annie. Dziewczyna poczuła rumieńce na policzkach. W tym momencie przyszedł kelner i podał jej kawę. Chris poprosił jedynie o szklankę wody. Kelner przytaknął i znów odszedł. 
- Czyli czeka mnie tydzień ciężkiej nauki, mam nadzieję, że uda mi się to jakoś pogodzić z pracą - powiedziała po chwili.
- A gdzie pracujesz? - zapytał chłopak wciąż wpatrując się prosto w jej twarz  jakby naprawdę była jedyną osobą na świecie, która go interesowała.
- Jestem stażystką w zakładzie fryzjerskim - odpowiedziała lekko zawstydzona. Miała przed sobą chłopaka, który wyglądał tak jakby miał na koncie kilka milionów, ona przy nim była jak nic nie znaczący pyłek. 
- To ciekawe. Czyli lubisz strzyc? - zapytał z uśmiechem, Annie czuła jak się rumieni na jego widok. W tej chwili przyszedł kelner i podał Chrisowi wodę. 
- Tak. Ale wolę układać fryzury - odpowiedziała gdy już odszedł.
- Może mnie kiedyś uczeszesz? - zaproponował.
- A chciałbyś? - teraz to ona patrzyła na niego z szeroko otwartymi oczyma.
- Bardzo - po raz pierwszy uśmiechnął się do niej szczerze. Mimo iż miała być tylko jego środkiem do osiągnięcia celu poczuł nagły przypływ sympatii do tej wesołej, nieco zagubionej dziewczyny. Ponownie odwzajemniła jego gest co spowodowało, że poczuł jakieś dziwne ciepło w sercu. Potrząsnął głową próbując wyrzuć z niej te myśli. Ona miała być jego ofiarą, a nie na odwrót. Rozmawiali jeszcze przez chwilę, jednak dziewczyna szybko go opuściła, powiedziała, że musi być wcześniej w domu, żeby zająć się chorym ojcem. Chris dobrze wiedział, że stary Johnson nie ma problemów psychicznych, że to co mówi to szczera prawda. Nigdy się nie przejmował tą sytuacją, to byli w końcu tylko ludzie. Jednak teraz poczuł dziwne zmieszanie. Poczucie winy ukuło go w serce, choć próbował się przed tym za wszelką cenę bronić. Rzucił banknot przy rachunku, który przed chwilą przyniósł kelner, po czym zebrał ze stołu notatki od Annie i skierował się wolnym krokiem do wyjścia z kawiarni. Starał się uśmiechać i udawać, że nic go nie obchodzi, jednak na jego ustach pojawił się grymas niezadowolenia. Przypomniał sobie smutną twarz Annie, gdy mówiła o chorym ojcu. Potrząsnął głową chcąc wyrzucić to wspomnienie z pamięci. Przybrał na twarz maskę i pewnym krokiem szedł główną ulicą miasteczka. "To tylko ludzie! To tylko nic nie znaczący ludzie" - huczały w jego głowie słowa Alfiego.
***
Scott stał przed drzwiami domu Veronicki. Właśnie podniósł rękę, żeby w nie zapukać, gdy nagle się otworzyły. Dziewczyna spojrzała na niego zaskoczona.
- Hej! - przywitał się z uśmiechem - Przepraszam, że nie zadzwoniłem, ale chciałem z tobą o czymś porozmawiać.
- Cześć! - odwzajemniła jego gest, a w jej oczach zobaczył szczerą radość z powodu tego spotkania - Nic się nie stało. Właśnie miałam iść na cmentarz, ale mogę to zrobić później. Proszę wejdź - powiedziała i wpuściła go do środka. Usiadł na kanapie, kiedy ona poszła do kuchni po świeżo upieczone ciasto. Od dawna uwielbiała robić różne wyroby cukiernicze, przede wszystkim dlatego, że kochała wszystko co słodkie. Zrobiła to jednak pierwszy raz od śmierci rodziców, nie chciała się do tego przyznać, ale liczyła, że właśnie Scott złoży jej wizytę. Postawiła przed nim jabłecznik i filiżankę herbaty z miodem i cytryną. Wiedziała już, że pije tylko taką. Uśmiechnął się do niej z wdzięcznością. Usiadła w fotelu na przeciwko niego i wzięła do rąk kawałek ciasta.
- Więc o czym chciałeś porozmawiać? - zapytała biorąc gryza jabłecznika, wciąż nie spuszczając jednak oczu z chłopaka.
- Pamiętasz jak mówiłem ci o tym, że mój ojciec jest chory? - przytaknęła w milczeniu - Po śmierci matki zmienił się. Ciągle mówił, że matkę ktoś zamordował. Jednak ani ja ani Annie nie chcieliśmy w to wierzyć...
- Annie? - przerwała mu zdziwiona.
- Moja siostra - powiedział z uśmiechem.
- Przepraszam, nie wiedziałam, że masz siostrę, ciągle mówiłam o sobie, jestem taka samolubna... - zaczęła jednak chłopak nie pozwolił jej dokończyć.
- Straciłaś wszystkich ludzi, których kochałaś, nie masz nawet prawa tak mówić - zapewnił ją żarliwie. Pokiwała głową, jednak nie wydawała się przekonana.
- Mów dalej - poprosiła.
- No więc, ja i moja siostra byliśmy przekonani, że mama zmarła na zawał serca. Tak było w raporcie policyjnym i w dokumencie po sekcyjnym. Jednak ojciec wciąż twierdził, że to nie słabe serce przyczyną jej śmierci. Mówił, że została zamordowana - Veronica otworzyła szeroko usta, nie miała pojęcia jak na to zareagować - Nie wierzyliśmy w to, jednak wczoraj gdy przeglądałem jej stare rzeczy znalazłem te listy z pogróżkami - podał jej złożone kartki papieru. Otworzyła je i przeczytała cicho:
- Jeśli mu powiesz zabijemy cię! - wstrząśnięta rozłożyła kolejny - Nie możesz mu wyjawić tej tajemnicy! - i następny - On nie może się dowiedzieć kim jest! - skończyła i odłożyła listy na stół. Spojrzała na niego przerażona. Zupełnie nie wiedziała co ma mu powiedzieć. Chłopak nic nie mówił, wpatrywał się tępo w jakiś punkt na ścianie. Veronica podeszła do niego powoli i położyła mu dłoń na ramieniu. Drgnął delikatnie czując jej dotyk, ale nic nie powiedział.
- Odkryjemy prawdę, obiecuje - szepnęła.
- Dziękuje - odparł prawie niesłyszalnie. Odwrócił twarz ku niej. Zobaczyła łzy na jego policzkach. Usiadła obok niego i powoli starła je swoimi małymi dłońmi. 
- Idziemy na cmentarz? - zapytał po chwili milczenia. Przytaknęła cicho i powoli wstała. On uczynił to samo i po chwili zostawili pusty dom. Jedynie świeże ciasto na stole i wciąż ciepła herbata świadczyły o ich niedawnej obecności.

3. Rodzinny sekret


"Człowieka można zniszczyć, ale nie pokonać. Bo człowiek nie jest stworzony do klęski."
- Ernest Hemingway
Młoda dziewczyna szybko minęła próg swojego domu. Gdy tylko zamknęła drzwi ze zdenerwowaniem zaczęła szukać ojca. Siedział on jak zawsze na starym, wytartym fotelu w samym rogu małego salonu. Wszędzie wokół panował bałagan, na który nikt nie zdawał się zwracać uwagi. 
- Annie, wróciłaś! - powiedział zachrypniętym głosem mężczyzna wpatrując się w swoją córkę. 
- Udało mi się wcześniej wyjść z pracy - odpowiedziała sucho - Wszystko w porządku? Scott jeszcze nie wrócił? - zapytała ojca, który od dawna podejrzewany był o chorobę psychiczną, jednak żaden z lekarzy nie potrafił tego jednoznacznie stwierdzić. 
- Musicie się dowiedzieć kto zabił waszą matkę! Ktoś ją zamordował! Rozumiesz?! - dziewczyna opuściła pokój wiedząc, że ojciec długo nie skończy swoich spiskowych teorii. Wszyscy dobrze wiedzieli, że jej matka zmarła na zawał serca, jednak on wciąż im wmawiał, że ktoś "maczał w tym palce". Annie udała się do kuchni i zaczęła przygotowywać obiad. Po chwili usłyszała dźwięk zatrzaskiwanych drzwi.
- Scott? - chciała się upewnić czy to jej brat.
- Annie? Nie spodziewałem się ciebie tutaj! - powiedział z uśmiechem i pocałował siostrę w policzek.
- Gdzieś ty był? Nie powinieneś zostawiać ojca na tak długo samego!
- Poradzę sobie! Jestem zupełnie zdrowy! To wy nie chcecie mi uwierzyć! - usłyszeli donośny głos mężczyzny.
- Tato nie denerwuj się! Annie po prostu nie chciała, żebyś siedział tutaj sam. Poczekaj chwilkę, zaraz przyniosę ci obiad - próbował za wszelką cenę załagodzić sytuację, jednak wychodząc z salonu dokładnie zamknął drzwi.
- Byłem u Veronicki - odpowiedział cicho. Siostra spojrzała na niego współczująco i położyła dłoń na jego ramieniu.
- Przykro mi, naprawdę - delikatnie ścisnął jej rękę, próbując bez słów podziękować za wsparcie jakie otrzymał od niej po śmierci przyjaciela. 
- Przepraszam, że zostawiłem ojca samego na tak długo. Obiecuje, że się nim zajmę - odparł po chwili. Dziewczyna pokiwała głową ze zrozumieniem i zaczęła nakładać obiad na talerze - Nie jestem głodny. Pójdę do siebie - powiedział cicho gdy Annie chciała mu podać posiłek. Spojrzała na niego zdziwiona, ale nic nie powiedziała. Odkąd zmarł jego przyjaciel zachowywał się zupełnie inaczej. Chciała mu jakoś pomóc, ale nie wiedziała jak. Miała jedynie nadzieję, że te spotkania z Veronicką nie pozwolą całkowicie zamknąć się w sobie. Zaszokowało ją jednak to, że najpopularniejsza dziewczyna w szkole już dwa razy spotkała się z jej bratem. Może ona też potrzebowała kogoś z kim mogła by o tym porozmawiać. Annie westchnęła głęboko i poszła zanieść ojcu obiad. 
- Dziękuje - powiedział biorąc od niej talerz, już chciała odejść gdy ojciec chwycił ją za rękę - Annie, kochanie, musisz mnie wysłuchać. Wiem, że wydaje wam się, że oszalałem, ale... - dziewczyna wyrwała dłoń z uścisku ojca.
- Tato, nam się nie wydaje! Mama nie żyje, rozumiesz! Nikt jej nie zamordował, a nawet jeśli to to nic już nie zmieni. Zostaliśmy sami - wykrzyczała i wybiegła z salonu. Pan Johnson odetchnął zasmucony i spojrzał na trzymany w dłoniach posiłek. Był pewny, że ma rację, jednak nikt nie chciał mu zaufać. 
***
W domu Veronicki panowała cisza. Dziewczyna leżała na łóżku patrząc się beznamiętnie w sufit. O dziwo pragnęła, aby te wakacje jak najszybciej się skończyły. Kiedy zacznie chodzić do szkoły, pod natłokiem obowiązków może uda jej się choć przez chwilę nie myśleć o tym co się stało kilka tygodni temu. Odkąd spotkała Scotta potrafiła choć na chwilę zapomnieć, jednak gdy chłopak wychodził, wszystko wracało do normy.Wstała szybko z łóżka i w odruchu chwili postanowiła powspominać stare czasy. Wzięła do rąk karton, w którym od lat przechowywała pamiątki. Spojrzała na zdjęcie z przedszkola z nieukrywanym wzruszeniem. Stała na nim razem z bratem przebranym za wampira, ona sama miała na sobie strój księżniczki.
- Halloween... - szepnęła cicho wciąż wpatrując się w zdjęcie. Po chwili wyjęła fotografię całej rodziny na wakacjach w Paryżu. Miała wtedy trzynaście lat i była obrażoną na wszystkich nastolatką. Dlatego na zdjęciu wszyscy są uśmiechnięci, za to ona stoi z naburmuszoną miną i założonymi rękoma. Przerzuciła kilka kolejnych starych zdjęć, trochę pocztówek i kartek od przyjaciół i rodziny, parę starych pamiątek z różnych stron świata, aż wreszcie dokopała się do starego zegarka dziadka. Otworzyła go z uśmiechem i zobaczyła, że wciąż działa. Jej dziadkowie już dawno zmarli. Nawet ich nie pamiętała. Jedynie rodzice opowiadali jej wspaniałe historie z nimi związane. Podobno dziadek John walczył bohatersko w czasie drugiej wojny światowej. Ścisnęła w dłoniach zegarek i założyła na szyję. "Od teraz będzie to mój talizman" - pomyślała i uśmiechnęła się uspokojona. Odłożyła pudełko na miejsce i nagle usłyszała pukanie do drzwi. Wolnym krokiem poszła na dół, zdziwiona, że ktoś przyszedł ją odwiedzić. Otworzyła drzwi, a przed nią stanął wysoki mężczyzna. Był ubrany na czarno, w dopasowany T'shirt idealnie podkreślający jego mięśnie, w skórzaną kurtkę i długie motocyklowe spodnie. Patrzył na nią ciemnymi oczami tak intensywnie, że cofnęła się o krok do tyłu.
- Veronica? - powiedział cicho, jego głos też był przerażający. Dziewczyna wycofała się jeszcze bardziej, co mężczyzna uznał za raczej zaproszenie do domu niż oznakę strachu.
- Tak - wyjąkała cicho - Kim ty jesteś?
- Mam na imię Chris, ale to chyba nic ci nie mówi - odparł z ironicznym uśmiechem, patrząc z dziwnym błyskiem w oczach na przerażoną dziewczynę.
- Wyjdź stąd! - krzyknęła biegnąc do kuchni i chwytając słuchawkę telefonu - Albo zadzwonię na policję!
- Chciałem tylko porozmawiać. Nie skrzywdzę cię - odparł uspokajająco, jednak dziewczyna nie dała się zwieść i wciąż pokazywała dłonią drzwi. 
- Wynoś się! - krzyknęła ponownie, tym razem głos jej nawet nie zadrżał. Chris spojrzał na nią zdziwiony, jednak ona wypchnęła go za drzwi zanim zdążył się zorientować co zamierza, po czym szybko zamknęła je na wszystkie zamki. Następnie wciąż zdenerwowana zasunęła wszystkie rolety w domu i pogasiła światła. Zostawiła tylko jedną małą lampkę w swoim pokoju. Po czym zdenerwowana osunęła się na ścianę. W tym mężczyźnie było coś morderczego. Czuła to. Zamknęła oczy próbując uspokoić rozszalałe serce. Poczuła, że jej ciało klei się od zimnego potu. Położyła się skulona na ziemi i wybuchła płaczem. Wiedziała, że już nic, nigdy nie będzie takie jak dawniej.
_______________

2. Pierwsza rozmowa


"Nikt nie może być mi bliższy ode mnie, a ja, ja jestem sobie czasem tak daleki"
- Stanisław Lem
wielkim domu na obrzeżach miasta panowała cisza. Jedynie za oknami było słychać dudniący deszcz. Na kanapie leżała młoda dziewczyna, burza jej blond włosów była rozrzucona po całej poduszce, na jej lekko jeszcze zaróżowionych policzkach można było dostrzec ślady łez. Wysoki chłopak o brązowych włosach i niebieskich oczach podszedł do niej i przykrył kocem próbując za wszelką cenę jej nie obudzić. Veronica jednak gdy tylko poczuła na sobie jakiś ciężar otworzyła oczy i potarła ze zdumienia powieki.
- Zasnęłam? - zapytała zdziwiona z niepewnością wpatrując się w chłopaka, przez te kilka wspólnych chwil na cmentarzu poczuła z nim jakąś więź, nie była jednak jeszcze pewna jakim jest człowiekiem. 
- Tak, kiedy robiłem herbatę - powiedział cicho wpatrując się w wesołe iskierki ognia w kominku. Salon pierwszy raz od kilku tygodni wyglądał jak dawniej, pierwszy raz ktoś rozpalił ogień, pierwszy raz ktoś z nią tu był, pierwszy raz ktoś był na tyle wrażliwy, że potrafił słuchać a nie tylko co chwila wypowiadać marne słowa pocieszenia. Spojrzała na ławę, na której leżała już wystudzona herbata. 
- Dziękuje - szepnęła poszukując niepewnie jego wzroku, odwrócił się tak, że mogła dostrzec jego oczy. Oboje czuli to skrępowanie. Byli prawie obcymi sobie ludźmi, jednak tak wiele ich łączyło. Stracili kogoś tak bardzo ważnego.
- Jak sobie radzisz? -zapytała po chwili ciszy. Chłopak spojrzał na nią jakby zaskoczony, że w ogóle się tym interesuje, następnie usiadł na fotelu na przeciwko zakładając nogę na nogę i nerwowo pocierając ręce. Czuł się dziwnie skrępowany, bał się powiedzieć coś nieodpowiedniego. Veronica była jedną z najpopularniejszych dziewczyn w szkole, a on należał raczej do tych społecznych odrzutków. Był inny co nie podobało się jego kolegom. Jake postawił się im i zaprzyjaźnił się ze Scottem, przez co jego dawni znajomi zaczęli go unikać. Zawsze był niepewny i wycofany, a teraz siedział na przeciwko królowej piękności jego liceum i rozmawiał z nią zupełnie zwyczajnie. Nie śmiała się z niego, nie żartowała z jego fryzury czy ciuchów. Po prostu rozmawiali, byli ze sobą, wspierali się.  Zorientował się, że wciąż czeka na odpowiedź, więc powiedział wymijająco:
- Nawet dobrze - ale na jego twarzy pojawił się grymas, Veronica od razu zorientowała się, że kłamie. Wstała powoli i usiadła obok niego opierając głowę na jego ramieniu.
- Nie musisz mnie oszukiwać. Możesz powiedzieć, że jest ci ciężko. Budzisz się i nawet nie chce ci się wstawać z łóżka bo nic już nie ma sensu. Cały dzień marzysz o nocy bo chociaż przez te kilka godzin snu ból jest trochę lżejszy. Wszystko co sprawiało ci kiedyś radość teraz wydaje się bezsensu. Każdy swój obowiązek wykonujesz tylko ciałem, twoje myśli wciąż osnute są cierpieniem. Po pierwszym tygodni udało mi się zapomnieć na pięć minut, w drugim na dziesięć, a ostatnio obejrzałam cały film nie myśląc o wypadku. Czas uleczy nasze rany, jednak nigdy nie zapewni pustki, która po nich pozostała - Scott patrzył na blondynkę z szeroko otwartymi oczami, to co teraz powiedziała wydało mu się tak dojrzałe i mądre. 
- Gdzie są twoi przyjaciele? - wypalił, jednak od razu zrozumiał, że to pytanie było zbyt osobiste i niegrzeczne, więc szybko próbował jakoś z tego wybrnąć -Przepraszam, ja tylko... 
- Nic się nie stało - przerwała mu, a na jej twarzy zagościł blady uśmiech - Oni mnie po prostu nie rozumieją. Nie potrafię z nimi o tym rozmawiać - odpowiedziała i szybko wstała kierując się do kuchni -  Zrobię coś do jedzenia pewnie umierasz z głodu - powiedziała gdy spojrzał na nią zdziwiony. 
- Nie, wcale - odparł, ale jakby na potwierdzenie jego słów zaburczało mu w brzuchu.
- Ta jasne! - zaśmiała się krótko Veronica i zaczęła wyjmować wszystko co potrzebne do przygotowania spaghetti.
- Co zamierzasz zrobić? - zapytał stojąc nonszalancko oparty o framugę drzwi. Odwróciła się i spojrzała na niego z uśmiechem.
- Jake zawsze tak stawał gdy chciał, żebym coś mu ugotowała - chłopak od razu stanął na baczność rumieniąc się nieznacznie.
- Ja nie chciałem...
- Ej, no co ty! Tak po prostu mi się skojarzyło - uśmiechnęła się do niego szczerze, przynajmniej taką miał nadzieje - A odpowiadając na twoje pytanie zamierzam przyrządzić włoską ucztę.
- Czyli? - zapytał jeszcze lekko spięty.
- Pastę z makaronem? - odpowiedziała mu i jednocześnie zapytała o to czy akceptuje jej wybór.
- Mogę przygotować sos? - ponownie się odwróciła, na jej twarzy gościło zdziwienie.
- No jasne - odparła i po raz pierwszy od tygodni poczuła prawdziwą radość, kiedy ten niepozorny, źle ubrany i totalnie nieokrzesany chłopak stanął obok niej i zaczął wrzucać  składniki na patelnię. Gdy nastawiła makaron, wyjęła z szafki dwie lampki i nalała do nich czerwonego wina. Po czym usiała przy stole i wpatrywała się w gotującego chłopaka. Był tak inny od wszystkich, których do tej pory spotkała. Nie był ani lanserem, ani sportowcem, ani napalonym palantem. Widziała w nim dżentelmena. Faceta z klasą, który się ukrywa bo boi się śmieszności. Był inteligentny, wrażliwy i umiał gotować. Nigdy wcześniej nie spotkała kogoś tak zaskakującego. 
- Kim są twoi rodzice? - jej pytanie przerwało ciszę, która do tej pory panowała w kuchni.
- Moja mama nie żyje, wychowuje mnie ojciec, który... - zastanowił się czy może wyjawić dziewczynie największy swój sekret - On jest chory. Więc ja zarabiam na życie. Jak już wiesz jestem kelnerem - odpowiedział dziwnym, lekko dramatycznym tonem. Dziewczyna chciała trochę rozładować sytuację. 
- Prawie cię nie poznałam w tej kamizelce - uśmiechnął się radośnie.
- Kojarzyłaś mnie wcześniej? - wydawał się naprawdę zdziwiony.
- Jesteś... Byłeś najlepszym przyjacielem mojego brata! Nie jestem... nie byłam aż taką złą siostrą - próbowała się uśmiechnąć, ale jej to nie wyszło. Na szczęście w tej chwili chłopak postawił przed nią talerz pachnącego spaghetti, więc choć na chwilę mogła przestać myśleć o swoich problemach. Podała mu lampkę z winem. Uśmiechnęli się do siebie. Po raz pierwszy poczuła, że może oddychać, łapała więc łapczywie powietrze mając nadzieję, że już nigdy jej go nie zabraknie. 


1. Nowe życie


"Cierpienie wymaga więcej odwagi niż śmierć"
- Napoleon Bonaparte

Młoda dziewczyna przekroczyła właśnie próg małej, kameralnej kawiarenki. Powoli zdjęła płaszcz i odwiesiła go na pobliski wieszak. Ruszyła wolnym krokiem do najbardziej schowanego miejsca w tej restauracji. Usiadła przy jednoosobowym stoliku, oparła łokcie na blacie po czym schowała twarz w dłoniach. 
- Dzień dobry, co podać? - zapytał uprzejmie młody kelner, jednak kiedy zobaczył twarz dziewczyny na jego ustach zagościł grymas - Tak mi przykro, Veronico - powiedział i położył swoją dłoń na jej ramieniu. Dziewczyna wpatrywała się w niego opuchłymi od płaczu oczyma. Zastanawiała się skąd zna tego chłopaka. Szkoła. Tak to na pewno ktoś ze szkoły - pomyślała i posłała mu wymuszony uśmiech.
- Poproszę latte - powiedziała cicho ochrypniętym głosem. Spojrzała się na plakietkę, którą miał doczepioną do kamizelki. Scott Johnson - odczytała w myślach próbując przypomnieć sobie kim jest ten chłopak. To nazwisko kojarzyło jej się ze środowiskiem kujonów, jednak on wydawał się jej inny. Po raz kolejny zerknęła na jego twarz, on tylko uśmiechnął się pocieszająco i ruszył do kolejnych klientów. Veronica przymknęła lekko oczy, próbując nie rozmazać zrobionego wcześniej makijażu. Od trzech tygodni robiła go  tylko po to, aby udawać silną i nie płakać na środku ulicy. Jednak czy nie mam prawa do łez? - zapytała samą siebie czekając na zamówienie. Po chwili Scott przyniósł kawę w dużym, białym kubku. 
- Trzymasz się jakoś? - zapytał, wydawał się naprawdę zmartwiony jej samopoczuciem. Otworzyła szerzej oczy wpatrując się w niego z milczeniem. Ściągnęła brwi próbując po raz kolejny przypomnieć sobie kim on jest, jednak ta próba również skończyła się niepowodzeniem. Spostrzegła, że chłopak czeka na odpowiedź, więc powiedziała:
- Radzę sobie - chciała żeby zabrzmiało to naprawdę szczerze, ale wiedziała, że to kompletna bzdura.
- Możemy się spotkać, pogadać - spojrzała się na niego zdziwiona - Twój brat był moim przyjacielem, mi też go brakuje - otworzyła szerzej oczy, to był szalony Scott, najlepszy przyjaciel jej brata! Jakże inaczej wyglądał w tej białej galowej koszuli i czarnej obcisłej kamizelce. W jego oczach dostrzegła ból, smutek, samotność. Jej brat i Scott zawsze byli raczej samotnikami, w szkole często się z nich śmiali. Mieli tylko siebie. A teraz on został sam. Jakże samolubna była ostatnich dniach, że tego nie zauważyła. Skupiała się jedynie na swoim cierpieniu, zupełnie nieświadoma, że po wypadku mogą odczuwać samotność także inni. 
- Przyjdź dzisiaj do mnie. Sama w tym wielkim domu bywa ostatnio strasznie - odparła cicho. Kiedyś marzyła tylko o chwili samotności. A teraz pragnęła aby jej rodzina wróciła, aby znów byli wszyscy razem. 
- Dobrze, wpadnę do ciebie wieczorem - uśmiechnął się delikatnie i podał rachunek. Wzięła go i szybko wyjęła pieniądze z torebki aby mu od razu zapłacić. Jednak jego już nie było. Odłożyła więc je przy rachunku i spokojnie wypiła kawę przyglądając się innym klientom kawiarenki. Po chwili skończyła i wolnym krokiem skierowała się do wyjścia. Chciała pomachać Scottowi na pożegnanie jednak nigdzie nie mogła go dostrzec. Otworzyła więc drzwi i ruszyła w kierunku cmentarza. W te wakacje każdy dzień zaczynał i kończył się dla niej tak samo. Codziennie szła na miejsce pochówku rodziców i brata, którzy zginęli w wypadku w dzień zakończenia roku szkolnego. Dzisiaj jednak poczuła, że nie jest sama w tym cierpieniu, że jest ktoś z kim może dzielić smutki. Pomyślała, że Scott będzie pierwszym, który ją zrozumie. Jej dotychczasowi przyjaciele zupełnie się nie sprawdzili w tej sytuacji. Jeszcze w trakcie pogrzebu wszyscy ją pocieszali, jednak już parę dni później zajęli się swoim życiem. Varonica Cabot, popularna, lubiana, ceniona, inteligentna została sama. Znajomi cieszyli się wakacjami, a jej towarzystwo wpływało na automatyczne popsucie nastroju ich letnich szaleństw. Coraz rzadziej ją zapraszano na wspólne wypady, ona też nie miała już ochoty w nich uczestniczyć. Pijackie imprezy, ogniska, wycieczki pod namioty. Wszystko to co sprawiało, że była kiedyś pełna życia, teraz paradoksalnie straciło jakiekolwiek znaczenie. Dotarła na cmentarz, przy grobowcu jej rodziny leżały jeszcze świeże kwiaty. Dołożyła zerwane po drodze niezapominajki i wypowiedziała krótką modlitwę. Błagała Boga o śmierć. O to, żeby nie musiała już dłużej sobie radzić z tym cierpieniem. Wiedziała jednak, że nie może tego zrobić, nie może pozbawić się życia. Musi walczyć dla nich, oni by tego chcieli. Drgnęła gdy poczuła czyiś dotyk na ramieniu. Odwróciła się powoli.
- Scott - szepnęła przyglądając się łzie spływającej po jego policzku. Spuścił wzrok, a ona poczuła, że musi wreszcie przestać udawać, że sobie radzi. Usiadła na pobliskiej ławce chowając twarz w dłoniach. Stanął przed nią nic nie mówiąc. Podniosła głowę, zobaczył, że płacze, że po jej rumianych policzkach spływają strużki łez. Nie wiedział co zrobić. Nigdy wcześniej nie był w takiej sytuacji. Nigdy wcześniej nie miał bliższego kontaktu z żadną dziewczyną. Oparła głowę na jego torsie. Przyciągnął ją do siebie i przytulił. Oboje czuli to samo, nie mieli co do tego wątpliwości.  Po chwili usiadł obok niej. Płakali razem. Veronica po raz pierwszy od tygodni nie wstydziła się swoich łez, nie próbowała już udawać silnej. Wtuliła się w niego i zamknęła oczy. Wreszcie poczuła się bezpieczna.  

Informuje

Jeśli chcecie być informowani o nowych rozdziałach wpiszcie tutaj adres swojego bloga lub numer gg. 

Spamownik

Proszę zostawiajcie tu spamy i informacje o nowych notkach na waszych blogach!

Linki


Moje:

Wasze:

O mnie

Wchodzisz do szkoły pełnej nowych ludzi, to twój pierwszy dzień nauki w liceum. bardzo denerwujesz się jak on będzie wyglądał. Twoja przyjaciółka jeszcze nie przyszła, a ty siedząc na zimnej podłodze szkolnego korytarza przyglądasz się z zaciekawieniem nowemu otoczeniu. Twoją uwagę przykuwa grupka przyjaciół, widać, że dobrze się znają i zapewne opowiadają sobie jak spędziły wakacje, śmiejąc się przy tym i dogryzając sobie na wzajem. Najbardziej rzuca ci się w oczy dziewczyna z brązowymi włosami i niebieskimi oczami. Ona również żartuje z przyjaciółmi. Jest raczej typem dziewczyny, która nie lubi publicznie wyrażać swoich opinii, jest skryta i niekonfliktowa. Ale dla przyjaciół otwarta i pomocna. Twarz ma gładką z delikatnie zaróżowionymi policzkami. Na pozór bardzo zaangażowana w rozmowę, jedynie w jej niebieskich oczach można dostrzec, że jej myśli krążą po jakieś nieodgadnionej przestrzeni. Nikt nawet tego nie zauważa, wszyscy są zbyt zaabsorbowani rozmowami o wakacjach i nowych nauczycielach. Nagle przychodzi twoja przyjaciółka i zaczyna opowiadać o swoich problemach z chłopakiem. Jeszcze chwilę patrzysz na tajemniczą dziewczynę, jednak po chwili włączasz się do rozmowy z przyjaciółką i nigdy nie dowiesz się, że tą dziewczyną była Panna_B.